Chaos przetaczał się przez Evellin jak burza przez nasz taras dzisiaj. Tak silna, że rzuciło mnie o balustradę. Tak intensywna, że zerwało światło na dwa dni. Piasek zasypał mi oczy. Nie było mnie, właściwie nie istniałem.  Byliśmy bezbronni wobec tego, co działo się na naszych oczach. Byliśmy bezsilnymi świadkami zdarzeń, mogliśmy jedynie patrzeć. To patrzenie jednak nie pomieszczało intensywności uczuć, jakie zrodziły się w wyniku tamtych wydarzeń. Byliśmy tylko malutkimi muszelkami, zakopanymi w piaskach oceanu, podczas gdy Evellin unosiła się nad nami jak duch, swoją namiętnością zmiatając z powierzchni ziemi wszystkie dostępne jej przejawy słabości. Wisiała nad naszymi głowami jak dżinn, powstały z ognia i obłoku pary, a my nie znaliśmy zaklęć mogących ją okiełznać. Gorąca mieszkanka pustyni, ognisty obłok pary z wnętrza kobiecości – Evellin miała nas w swoim władaniu. Nasza niedoskonałość drażniła ją, a słabość rozjuszała. Kobieta tak twarda i  piękna, wcielenie wszystkiego co rozwiązane, gotowa głosić prawdę małym plastelinowym ludzikom, była idealnym obrazem materii, najdoskonalszą formą, jaka udała się naturze. Narodzona po to, by pomieścić w  sobie chaos, była łączniczką pomiędzy nami a wszechświatem. Choć od tamtych zdarzeń minęło wiele lat, a dystans wciąż powiększa szczeliny, dając przestrzeń wyobraźni i zwalniając blokady mitu, chcę opowiedzieć wam o mojej młodszej siostrze Evellin – kapłance chaosu.

 

Nasza matka urodziła ją, gdy miałem 7 lat. Kompletnie nie rozumiałem po co to  zrobiła. Miała  przecież mnie. Wycie rozlegało się przeważnie o trzeciej nad ranem. Dom rozbudzały ciche kwilenia, które stopniowo rozrastały się w symfonię wrzasków i wydzierań. Nikt nie spał. Nikt, nic, nigdzie, niemożliwe stawało się powoli gładkie i jadalne. Trwając w półśnie, pół-przerwaniu i pół-odłączeniu, podrywałem się co jakiś czas i sam zaczynałem płakać. Mój pokój przybierał rozmiary zamku, pełen był opowieści o ubogich ludziach, którzy w nim umarli. Obserwowali mnie zza ciemnych, ciężkich, zielonych kotar w romby, a gdy zamykałem oczy widziałam stosy ich kości i Evellin, wędrującą po tych wysypiskach. Podkrążone oczy naszej matki wodziły po mojej, też zapewne podkrążonej twarzy. Nie pamiętam ile to wszystko trwało. Upływy zatrzymały się w rzekach, słuchając krzyku mojej siostry. Modlitwy o uzdrowienie przechodziły niezauważone tak długo, że pewnego dnia zapukał do naszych drzwi wysoki pan w czarnej sukience. Był szczupły, długoszyjny, przypominał barwioną na czarno świecę. Przyniósł ze sobą zestaw małego magika: miotełkę, grubą księgę i flakonik z "chyba wodą". Tak potem, przez resztę życia nazywałem wodę święconą, nie będąc do końca przekonany, czy, skoro święta, może istnieć naprawdę. Pan Czarna Świeczka wszedł, popatrzył na mnie, nakreślił magiczny iks na mojej głowie.
-Szczęść Boże.
-Szczęść Boże proszę księdza, proszę wejść, proszę, zapraszam, proszę usiąść. Może kawy? 
-Może zaczynajmy. Posługa, którą pełnię nie należy do łatwych. Sama Pani wie najlepiej jak ciężko… zwłaszcza u tak małego dziecka… uwolnić tak młodą duszę wbrew pozorom nie jest łatwo.
- Tak, tak. To chodźmy, tu leży. Śpi. Wymęczona jest dość mocno.

Drzwi do pokoju zamknęły się. Rozwinąłem uszy jak liście konwalii. Słyszałem przygaszone ciche słowa, potem ciszę, potem znowu jakieś słowa, i po nich ciszę. Słyszałem chrabąszcza na ramie okiennej, za oknem wrony rozrywały gazetę. Szelest spod łóżka. Nagle płacz. Najpierw cichy i niezobowiązujący, szybko rozlał się po pokoju i po całym domu. Klasyczne wycie Evellin. Rozległy się jakieś słowa w obcym języku wykrzykiwane nad moją siostrą, jakieś stuki, trzaski, tupot stóp. Znowu słowa, znowu stuki, obce słowa, obce dźwięki, szelest materiału. Pan w czarnej sukience wykonywał energiczne ruchy w pokoju. Widziałem cień jego sukni w szparze pod drzwiami.  Słychać było jego oddech. Chyba się trochę zasapał. Wydawało się, że bardzo chciał pomóc mojej chorej siostrze. Nie przestawała płakać. Momentami wycie nasilało się. Słychać też wtedy było lejącą się cienkim strumieniem wodę. Nie wiem skąd w pokoju woda. Może to były odgłosy z łazienki.  Trwało to wszystko wieczność. Od wielkiego wybuchu po wielkie technologie. Mogłem obserwować na drzwiach pokoju zastygającą w prekambrze skorupę ziemską, spod której powoli i mozolnie przebijała się woda. Widziałem kształtowanie się kontynentów wielkie dinozaury kopytujące po ziemi, ludzi skrytych w Altamirze i Lascaux, zaklinających na ścianach bizony. Widziałem zlodowacenia i okresy susz, wymieranie mamutów, rozwój homo sapiens, wędrówki ludów, formowanie się pierwszych społeczności, kultur, zalążki Europy, Ameryki i Afryki. Nikt nie wychodził z pokoju. Była cisza. Cisza w samym środku pytań. Zacząłem się nudzić. Podniosłem z podłogi jakiś kabel i zacząłem rysować nim po drzwiach. Chciałem zakląć moją siostrę na zawsze w małej przestrzeni przewodów, gdzie mogłaby swobodnie przepływać pomiędzy pokojami, mieszkaniami, ulicami, miastami, krajami podążając w dowolnie wybraną stronę.  Chciałem dać jej wolność od ciała, od statycznej materii, która nie pozwala się wydostać. Nagle drzwi otworzyły się.

- Co ty tutaj robisz?! Sio do pokoju! – matka machnęła na mnie ścierką. Nie mogłem się oprzeć. Skulony na czworakach wpadłem do pokoju między jej nogami, szczekając. Ksiądz odskoczył przestraszony, zaczął machać na mnie kropidłem.

- Precz! Odejdź, odejdź! – schował się za kołyskę Evellin, skoczyłem za nim, chwyciłem się sutanny, zacząłem wspinać się po jego nodze. Pan Czarna Świeczka gwałtownie szarpnął sutannę, zachwiał się, nie mógł odczepić mnie ze swojej nogi. Próbował odciągnąć moje ręce, wczepiające się w jego kolana, i pnące się ku górze. Zaczynałem już podwijać mu sukienkę, żeby ugryźć udo, gdy nagle obaj spleceni w miłośnie szaleńczym pędzie zachwialiśmy się i runęliśmy na kołyskę. Evellin wypadła, i uderzyła głową w podłogę. Miała wtedy pół roku. Ja miałem prawie osiem. Poczułem dumę, że w końcu pozbyłem się tego dzikiego dziecka. Że ten księżyna i jego misja pomogły zakończyć cyrk, który trwał u nas w domu przez sześć długich miesięcy. W tym wszystkim szalała jeszcze nasza matka, Elana, która najpierw próbowała złapać mnie, biegającego na kolanach za księdzem, potem chciała złapać księdza, myśląc chyba, że w ten sposób dorwie mnie, a potem rzuciła się do leżącej na podłodze Evellin.

-Chryste! O nie, o nie, nie, nie. To niemożliwe, nie, nie! Eve obudź się, Eve mówię do ciebie wstań! Wstań! Eve podnieś się!! Eve nie, nie, nie. – i poderwała się do mnie podbiegła i zaczęła mnie dusić- Zabiłeś ją ty potworze, ty bestio ty nieludzki, ty, ty jesteś zwierzę! Nieludzkie, podłe zwierzę! Od początku chciałeś się jej pozbyć! Od kiedy się pojawiła! Wszystko miało być dla ciebie!

Rzuciła się na mnie i we troje na podłodze szamotaliśmy się walcząc. Ksiądz, ja i ona – moja matka, która straciła dziecko. Do dziś stoi mi w oczach jej szał, pęd dzikiego zwierzęcia, samicy, która broni młodego; dziki błysk zabójcy, który gotowy jest poświęcić wszystko, żeby ocalić bądź zemścić się za doznaną krzywdę; który chce zatopić zęby w skórze i poczuć jak ją rozrywa i jak przynosi mu to ulgę zemsty i wyżycia. Wyeksploatowana energia opada i miesza się z krwią. Przychodzi spokój i poczucie sprawiedliwie wymierzonego wyroku. W takich chwilach wiesz, że wszystko co czułeś było nieprawdą…. Jej nabrzmiała żyłami ręka chwyciła moją stopę i poczułem silne pieczenie i ból w nodze. Ksiądz próbował odciągnąć ją ode mnie ale ona krzyczała tylko

- Zapłacisz za to! Zapłacisz za to! Zabrałeś mi córkę! Jesteś potworem. Zabiję cię! To nie ją a ciebie trzeba było egzorcyzmować!

Ksiądz chwycił ją za ręce, wykręcił do tyłu i starał się przytrzymać, gdy w pędzie i amoku  uderzyła tyłem głowy w jego nos. Puścił ją krzycząc, a ona znów dopadła do mnie. Miałem już jednak w ręku kropidło zamachnąłem się, by dać jej nim w twarz i nagle stał się cud. To przeklęte dziecko ożyło. Moja szalona siostra nagle zaczęła wyć i krzyczeć.

- Evellin! Córeczko! Eve! Ty żyjesz, żyjesz. – matka dopadła do niej, łapczywie tuląc wrzeszczące ciało…

Następna rzecz jaką pamiętam to piszczące światło. Gdy otwierałem oczy piszczało mi w głowie.

- Śpi już dwanaście godzin.

- Jak ciśnienie?

- Stabilnie. 130/85

- Temperatura?

- 39

Potem znowu światło, mętne, żółte, nie takie mocne jak tamto. Wieloryby nade mną. Coś mnie trzyma i nie daje wstać. Jest takie mocne i intensywne jak miąższ mango, zalewa mi twarz. Dławi i pozwala jednocześnie oddychać innym powietrzem.

               ****

Komentarze

Prześlij komentarz

Popularne posty